Gazeta Wielicka- wiadomości z powiatu wielickiego

Gdy się kończy świat…

Życie przynosi mi mnóstwo niespodzianek, które zazwyczaj trzęsą mocno moim światem, ale przynoszą pozytywne zmiany. Ostatnio jednak przyniosło mi coś, o czym wciąż trudno mówić bez łez pod powiekami. Miałam być mamą. Tym razem nie będę…

Tuż przed mikołajkami zobaczyłam dwie kreski na teście ciążowym. Była radość, bo od zawsze chcemy mieć z mężem dzieci. Cieszyliśmy się więc oboje, martwiąc się jednocześnie o to, jak sobie poradzimy, jak się zmieni nasz świat, jak to wszystko będzie. Ale to było takie pozytywne martwienie się, troska o to, jak się naszemu Lisiątku będzie żyło na tym świecie. Był też lęk o zdrowie, o to, żeby się ciąża dobrze rozwijała. Ten lęk mnie zdziwił, bo raczej do lękowych osób nie należę – a jednak lęk o przyszłe dziecko to coś zupełnie innego, niż lęki, których doświadczałam do tej pory.

Wieść o tym, że na świat przyjdzie małe Lisiątko, szybko rozeszła się w rodzinie i wśród znajomych, wszyscy bardzo się cieszyli. Mnóstwo moich koleżanek było na podobnym etapie ciąży, mogłyśmy wymieniać się wrażeniami, wsparciem, i wszystkim, czego dusza zapragnie. Niestety, radość trwała zbyt krótko. Najpierw był strach, bo na USG nic nie było widać, choć powinno; później odetchnęłam, bo jednak zarodek się pokazał, choć bardzo mały jak na ten tydzień ciąży; a 16-go stycznia, tuż przed moimi urodzinami, przyjechałam karetką do szpitala. Lisiątka już ze mną nie było…

W niedzielę w nocy zaczął się koszmar. Obudziła mnie krew. Szybko wybiegliśmy z domu na pogotowie, stamtąd do szpitala zabrała mnie karetka. Mąż nie mógł ze mną jechać, a ja nawet nie wiedziałam, gdzie mnie zabierają. Leżałam w karetce, migały mi za oknem światła lamp, czas mijał, a ja płakałam i modliłam się. Nikt do mnie nie mówił, niczego nie tłumaczył. Dopiero lekarka, która mnie przyjęła w szpitalu, zaczęła ze mną rozmawiać, szybko zrobiła mi USG i okazało się, że już po wszystkim. Powiedziała, że tak się zdarza na wczesnym etapie ciąży, jeśli zarodek się źle rozwija. Płacz, którego doświadczyłam, był taki inny, taki ze środka, jakby wycie. Nie wiedziałam, że mam w sobie i taki głos…

Zatrzymali mnie w szpitalu Żeromskiego (Kraków). Pielęgniarki, położone, lakrze, wszyscy byli dla mnie mili. To mnie ktoś pytał o głupoty, żeby zmienić tor moich myśli choć na chwilę; to mnie ktoś pogłaskał, to powiedział kilka ciepłych słów. Dostałam kroplówkę, byłam sama w pokoju w tę pierwszą noc. Mąż przywiózł mi rzeczy na przebranie, ale nie mógł zostać na noc. Nie mogłam spać. Czekałam, aż zacznie się ruch w szpitalu, jak dowiem się czegoś więcej, jak przyjdzie lekarz, jak zacznie się nowy dzień, jak przyjedzie mąż. Około szóstej przyszedł do mojego pokoju ksiądz z komunią, po jego wyjściu znów się rozpłakałam. Czekałam, aż będę mogła zadzwonić do rodziców. Głos taty, który usłyszałam w słuchawce po tym, jak mu przekazałam smutne wieści, zapamiętam do konca życia. Jak to moja koleżanka powiedziała, takie rzeczy, jak strata ciąży, nie powinny się zdarzać. Nie powinny. A jednak zdarzają się…

Zdarzają się, i to bardzo często. Jako, że sporo osób wiedziało o mojej ciąży, postanowiłam, że teraz im powiem, że się nie udało, i poproszę o wsparcie i modlitwę. Zdziwiłam się bardzo, ile moich koleżanek przeszło przez to, co ja! A mają teraz zdrowe dzieci… Internet podpowedział, że 20% ciąż tak się kończy. Ta świadomość mi pomogła. I z tego też względu zdecydowałam się na ten wpis. Żebyś wiedział(a), że to się zdarza, i że najczęściej nie ma w tym Twojej winy. Jestem zdrowa, silna fizycznie i psychicznie, zdrowo się odżywiam, ćwiczę jogę. Jeśli podziało się coś genetycznie, nie miałam na to żadnego wpływu. Z jednej strony to przynosi ulgę, bo nie mogę się obwiniać. Z drugiej ta świadomość wcale nie jest łatwa, bo kiedy znów zajdę w ciążę, nie będę mogła wszystkiego kontrolować, nie będę miała absolutnego wpływu na to, jak się potoczy mój – nasz – los…

Musiałam zostać w szpitalu do wtorku, bo trzeba było sprawdzać, czy organizm się nadal samoczynnie oczyszcza, czy będę musiała mieć zabieg. Na szczęście nie musiałam iść na stół operacyjny, choć tyle dobrego. Wiem, że w niektórych szpitalach „z automatu” idzie się na łyżeczkowanie, na szczęście tutaj traktowano to jako ostateczność. Mimo tego, że wszystko odbywało się naturalnie, moje ciało i dusza były wymęczone, szpital to nie jest miejsce, gdzie wraca się do zdrowia. Co chwilę zbierało mi się na płacz, pomagały rozmowy z dziewczynami, które ze mną leżały w pokoju. Jak weszła pani położna i zobaczyła, że płaczę, zaproponowała mi wizytę u psychologa. Poszłam, porozmawiałam, uspokoiłam się trochę. Ale marzyłam o tym, żeby wrócić do domu, do bliskich, żeby móc skulić się na łóżku i wreszcie zasnąć, dać sobie czas na dochodzenie do siebie.

Co mi pomogło, kiedy było naprawdę źle, kiedy obudziłam się w swoje urodziny w szpitalu i nie wiedziałam, jak dalej żyć? Wsparcie innych. Rodziny, bliskich znajomych, ale też tych dalszych. Pisali, dzwonili, modlili się za mnie. Podnosiło mnie to na duchu, dodawało nadziei, że będzie lepiej. Znalazłam się nagle po drugiej stronie: oto ja, która lubi wspierać innych, inspirować ich do tego, żeby spełniali swoje marzenia, żeby się nie bali żyć tak, jak chcą, musiałam poprosić o pomoc. Dzięki temu przekonałam się, ile osób za mną stoi, że mogę na nich liczyć, tak jak oni na mnie. Bardzo jestem im (Wam!) za to wdzięczna! Nie wiem, w jakim byłabym stanie, gdyby nie Wy…

Co mnie czeka teraz? Muszę wrócić do sił, zarówno psychicznych, jak i fizycznych. Ciało musi wrócić do normalnego cyklu, otrząsnąć się z traumy, jaka się mu przydarzyła. Czekają mnie podstawowe badania, żeby wykluczyć choroby, które mogły być przyczyną poronienia. A potem? Nadal chcemy mieć dzieci. Nie wiem, jak zniosę stres w kolejnej ciąży, ale jak to powiedziała pani psycholog w szpitalu: lęk o ciążę towarzyszy matce zawsze, nie da się od niego uciec, trzeba go zaakceptować i z nim żyć. Modlę się o to, żeby już więcej nie stracić ciąży. I żeby żadna kobieta nie musiała przez to przechodzić.

Dopiero teraz rozumiem koleżanki, które wpominały o utracie ciąży. Wtedy nie umiałam odpowiednio zaregować. Jeśli Ty właśnie tego doświadczyłaś, nie bój się prosić o pomoc. To naprawdę wiele daje. Płaczesz nadal, ale masz świadomość, że ktoś o Tobie dobrze myśli, ktoś Cię wspiera. Jeśli znajoma kobieta straciła ciążę, okaż jej wyrazy współczucia. Nie musisz wiele mówić, jeśli nie czujesz się na siłach, ale jej wystarczy, że z nią będziesz. Mi też bardzo pomogło to, że znajomi dzwonili też po kilku dniach od wyjścia ze szpitala, nie zapomnieli o mnie, towarzyszyli mi w moim smutku.

Straciłam ciążę. To straszne doświadczenie, bez względu na to, jak wcześnie to nastapiło. Bo nowe życie pojawiło się tylko na chwilę i znikło, zabierajac ze sobą nasze plany i marzenia, kawałek nas samych. Skończył się nasz świat, takim, jakim go znaliśmy. Zaczął się nowy, musimy się go dopiero nauczyć. A żeby tak się stało, trzeba przejść przez etap głębokiego smutku, oswoić się z tym, co się stało. Potrzeba na to czasu. Wiem, że kiedyś będzie lepiej, musi być. Nie wiem, dlaczego mnie to spotkało, jaki zamysł Boga za tym wszystkim stoi. Może kiedyś się dowiem. A może to na zawsze pozostanie tajemnicą…

Fotografia w nagłówku autorstwa Katarzyny Warańskiej.

1 gwiazdka2 gwiazdki3 gwiazdki4 gwiazdki5 gwiazdek (Liczba głosów 0. Średnia 0,00 na 5 możliwych)

Monika Małgorzata Lis

Monika Małgorzata Lis

Artystka, filozofka, pisarka, która prowadzi też swoją firmę „manufaktura moniki. moda i rękodzieło podszyte filozofią”. Właśnie napisała powieść dla młodzieży „koniec świata”, której akcja dzieje się na bieszczadzkich szlakach. Jej muzykę i słowa znajdziesz na monikamalgorzatalis.pl, a sklep z modą i rękodziełem na manufakturamoniki.pl

Dodaj komentarz

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.

Bądź na bieżąco!

Obserwuj nas w mediach społecznościowych i bądź na bieżąco!